Wołyń, okładka
Literatura piękna Recenzje

Wołyń

Wołyń. Nic nie jest w porządku to książka bardzo potrzebna. Moim zdaniem jedna z lepszych, która opowiada przerażająca historię o rzezi mającej miejsce na Wołyniu. Opowiedziana przez znanego kompozytora, którego dziadkowie i rodzice tam mieszkali. Dziadkowie Krzesimira Dębskiego i ze strony ojca i matki mieszkali w Kisielinie, który był jedną z wielu miejscowości, które nacjonaliści z Ukraińskiej Powstańczej Armii zaatakowali. W lipcu 1943 roku wtargnęli do kościołów i domów w wołyńskich miastach i wsiach, by pozabijać Polaków, tylko dlatego, że byli… Polakami…

Był 11 lipca 1943 r., Krwawa Niedziela na Wołyniu. W tym dniu nacjonaliści z Ukraińskiej Powstańczej Armii wtargnęli do kościołów i domów w wołyńskich miastach i wsiach, by pozabijać Polaków zebranych na sumach. Napadli też na kościół w Kisielinie, gdzie na mszę poszli moi rodzice.
Powiedział głośno: Panowie, co chcecie ode mnie? Co złego zrobiłem?
Ten z karabinem uderzył ojca kolbą i z nienawiścią rzekł: Ty polska mordo. Za co? Za to, żeś Lach! Wszystkich Lachów trzeba wybić, żeby polska nacja nie uszła żywa. Tu jest Ukraina, nie wiesz?

Nic nie jest w porządku

Krzesimir Dębski nie chce jątrzyć i pogarszać relacji między naszymi narodami. Chce, żeby wreszcie zbrodnie popełnione na Wołyniu w 1943 roku uznano zgodnie z prawdą za ludobójstwo. Chociaż sam nie przeżył tej okropnej historii, to zna go z opowieści rodziców, którym udało się cudem uratować z pogromu, jaki banderowcy urządzili w Kisielinie. Mieli jakby szczęście w tym całym nieszczęściu. Z tego piekła urządzonego Polakom przez Ukraińców, trafili do innych Ukraińców, którzy pomogli im się z tego piekła wyrwać. Dziadkowie niestety nie przeżyli, ojciec Krzesimira przez wiele lat bezskutecznie próbował odnaleźć miejsce ich pochówku. Zabójcę odnalazł Krzesimir, lecz dopiero po śmierci ojca. Te tragiczne wydarzenia od lat są niezabliźniona raną, która dzieli do dziś obydwa narody. Dopóki ta czystka etniczna nie zostanie nazwana oficjalnie, dopóty relacje z Ukraińcami będą takie, jakie są obecnie.

Wspomnienia

Moja rodzina pochodzi z Bieszczad. Jako dziecko czasem coś tam słuchałam, gdy dziadek wspominał o Ukraińcach i bandach UPA. Z przygranicznych miejscowości wielu uciekinierów ukrywało się w ich wiosce. Gdy przeprowadziliśmy się na Mazury, słyszałam, że niektórzy mówili o nas, że jesteśmy z terenów, gdzie latają toporki. Nie rozumiałam tego, ale z czasem uświadomiłam sobie o co tak naprawdę chodzi. Po prostu, kojarzono nas z bandami ukraińskimi… Dlatego rozumiem też Pana Krzesimira Dębskiego, gdy wspominał, że nazywano go Ukraińcem czy też Ruskiem, tylko dlatego, że jego rodzina pochodziła z Kresów…

Podsumowanie recenzji

Historia Wołyń opowiedziana jest ciekawie, z refleksją. Nie po to by wzmagać jeszcze bardziej nienawiść, lecz po to by rozliczyć przeszłość żeby lepiej można było budować przyszłość. Warto ją przeczytać, nie można pozwolić na zapomnienie. Trzeba przypominać, zwłaszcza młodemu pokoleniu, żeby nikt nie wymazał tej tragedii z historii lub nie zakłamywał i przemilczał tych ważnych wydarzeń. Zwłaszcza w imię poprawnych stosunków politycznych. Prawda, choć trudna, może okazać się wybaczeniem…

Myszka