Ołowiane dzieci, okładka
Polecamy Recenzje

Ołowiane dzieci

Połowa lat 70., katowicka dzielnica Szopienice. Huta Metali Nieżelaznych to jednocześnie matka-żywicielka i matka-trucicielka. Miejsce zatrudnienia dla setek ludzi, które toksyczną chmurą wypuszczaną z kominów pod osłoną nocy zatruwało okoliczne dzielnice. Rejony i osiedla robotnicze, jak np. Targowisko, zlokalizowane tuż przy hucie, notowały nawet kilkutysięczne przekroczenie stężenia metali ciężkich w powietrzu. O tej rzeczywistości przeczytamy w powieści Ołowiane dzieci.

Powietrze miało charakterystyczny zapach i gęstość. Czy przekraczano dopuszczalne normy? Normy to były wydobycia i produkcji. Reszta była przemilczanym kosztem uzyskania przychodu.

Mówiło się o Targowisku, osiedlu pod płotem huty, że psy żyły tam kilka dni, kanarki jeden dzień, za to bardzo dobrze miały się tam szczury.

Lokalne władze ignorowały problem, otwarcie zaprzeczając jego istnieniu. Przyznawały wprawdzie, że ołowica istnieje, ale jest chorobą zawodową pracowników huty. Dzieci w ogóle nie brano pod uwagę i ich nie badano. Dopiero profesor Bożena Hager-Małecka – kierowniczka zabrzańskiej kliniki pediatrii – zwróciła uwagę na występowanie u szopienickich dzieci objawów mogących świadczyć o zakażeniu ołowiem. Zobligowała lokalną lekarkę pediatrę, Jolantę Wadowską-Król, do przeprowadzenia niejawnych badań przesiewowych pod kątem ołowicy. Na przekór władzy, pod nosem lokalnych dygnitarzy partyjnych, heroicznym wysiłkiem dr Wadowskiej, z nieocenioną pomocą pielęgniarki Wiesławy Wilczek, przebadano setki dzieci, a wyniki tych badań były wręcz zatrważające.

Po raz pierwszy na świecie ktoś zdiagnozował i opisał przewlekłe zatrucie ołowiem jako chorobę społeczną u dzieci. To była epidemia.

Epidemia. Słowo, którego ówczesne władze nastawione na propagandę sukcesu w ogóle nie chciały słyszeć. Działania kobiet, mimo że uznawane powszechnie za nielegalny proceder, defetyzm, podburzanie klasy robotniczej i dywersję wobec władzy, przynosiły jednak efekty. Za cichym przyzwoleniem i porozumieniem władz, a nawet z udziałem samego Edwarda Gierka, wdrożono szereg działań mających na celu poprawienie zdrowia, jakości życia i warunków bytowych najmłodszych pacjentów.

Powieść non-fiction

Pod pewnymi względami książka Ołowiane dzieci jednak rozczarowuje. Powieść powiada prawdziwą historię i została zakwalifikowana jako reportaż. Zdecydowanie jednak nim nie jest, co jest silnie widoczne już od pierwszych stron. To raczej powieść non-fiction, w której autor dość swobodnie łączy fabularną fikcję z rzeczywistymi wydarzeniami. Michał Jędryka zresztą sam to przyznaje w posłowiu. Poza samą historią ołowianych dzieci, nazwiskami historycznych postaci oraz okolicznościami związanymi z epidemią ołowicy, które opisał na podstawie ogólnodostępnej wiedzy i relacji świadków (szczególnie opowieści samej dr Wadowskiej), reszta jest jego wyobrażeniem o tamtych wydarzeniach:

Tak to zapamiętałem. Jeżeli tak nie było, z pewnością mogło tak być. Emocje są prawdziwe.

Rzeczywiście emocje oddane w książce wydają się autentyczne i wciąż, mimo upływu niemal pięciu dekad silnie wybrzmiewają. Czuć, że tamte wydarzenia zapisały się trwale w świadomości ludzi, niezależnie od ich wieku. Jednak nie jestem przekonana, czy opowiadanie takiej historii z perspektywy naonczas trzynastoletniego dziecka, można uznać za wiarygodne. Z tekstu dość jasno wynika, że w tamtym czasie dla autora i jego rówieśników zniknięcie ich koleżanek i kolegów było doskonałym pretekstem do zabawienia się w nastoletnich detektywów. Obudowali tę tragiczną bądź co bądź historię krążącymi wówczas lokalnie legendami. Reszta to mgliste wspomnienia, wybiórcza pamięć i fantazja autora, jak chociażby opis jego pobytu w prewentorium na Kubalonce.

Czasy PRL-u

Mimo stosunkowo niewielkiej objętości książki Ołowiane dzieci nie czyta się łatwo. Miejscami bywa chaotycznie, miejscami nieciekawie. I niestety momentami książka jest też nużąca. Jak chociażby wtedy, kiedy autor szczegółowo opisuje mecz piłki nożnej rozegrany w prewentorium na Kubalonce między drużynami pacjentów. Prawdopodobnie podobne opisy, bo jest ich w tekście więcej, mają stwarzać narracyjne tło. Moim zdaniem tylko rozpraszają myśli i odsuwają uwagę od głównego tematu. Z pewnością plusem publikacji jest dobrze oddana atmosfera czasów i miejsc. Lata siermiężnego, głębokiego PRL-u, tło społeczno-obyczajowe, uwarunkowania środowiskowe, mentalność ludzi, sposób i kierunki działania władz na szczeblu lokalnym – wszystko to dodaje książce autentyczności i jest bardzo ciekawe.

Podsumowanie recenzji

Ołowiane dzieci to bez wątpienia przygnębiająca książka o znieczulicy i ślepocie społecznej, o tym, że człowiek w starciu z ówczesnym systemem i polityką gospodarczą opartą na strategii szybkiego rozwoju, w ogóle się nie liczył. Sprawa szopienickiej ołowicy, po latach nazywanej „polskim/śląskim Czarnobylem”, stała u podstaw bodaj największej katastrofy ekologicznej tamtych lat. Mimo kilku minusów zachęcam jednak do zapoznania się z książką, bo na jej podstawie powstał sześciodocinkowy serial, dostępny już na jednej z popularnych platform. Warto mieć porównanie.

Agnieszka